Zaznacz stronę

Jak to się wszystko zaczęło? Zastanawiam się, czy pamiętam moment, kiedy pierwszy raz usłyszałem o koronawirusie… Gdy sięgam pamięcią wstecz, przed oczami pojawia się taka scenka z początku stycznia – jestem akurat na uczelni, na zajęciach z farmakologii, przerywam ciszę wykładu całkiem głośnym kichnięciem. Zwraca to uwagę wykładowcy, który żartuje, iż ma nadzieję, że to nie koronawirus z Wuhan. Niewielu rozumie dowcip, reakcja na sali jest niemrawa. Sam pamiętam, że nie wiedziałem wtedy zbyt wiele o egzotycznej epidemii w dalekich Chinach. Nie różniłem się w tym chyba od innych.

Nazywam się Przemek Błaszkiewicz. Jestem pielęgniarzem, specjalistą anestezjologii i intensywnej terapii, związanym z branżą medyczną już blisko 20 lat. Los połączył moje życie osobiste i zawodowe z Poznaniem. Szczególnie intensywne relacje łączą mnie od lat dwunastu z Wielospecjalistycznym Szpitalem Miejskim im. J. Strusia, konkretnie jego Oddziałem Ratunkowym, który jest współbohaterem tej opowieści. Oprócz tego należę do licznej grupy medyków, dla których praca w jednym miejscu to za mało – kolejnym jest „POOP” Oddziału kardiochirurgii Szpitala Klinicznego nr 1.

Przyznaję, początek pandemii COVID-19 zastał mnie w dosyć zagmatwanym momencie życia. Dwie prace, jak już wspomniałem – rozpoczęte na jesieni zaoczne studia magisterskie, zakup nowego mieszkania, ślubne plany i w drodze pierwszy potomek. Coraz liczniejsze doniesienia medialne na temat sytuacji epidemiologicznej na świecie nie napawały optymistycznie. W SOR, wykonując „triage” pacjentów, w drugiej połowie lutego dostaliśmy zalecenia, by zwrócić szczególną uwagę na ludzi wracających z Chin, potem rozszerzono to na wracających z ferii we Włoszech. Niepokój budził wtedy każdy pacjent z podwyższoną temperaturą i niespecyficzną dusznością. Atmosfera zaczynała być coraz bardziej nerwowa. Nie mogłem doczekać się od dawna zaplanowanego na początek marca urlopu.

W dniu, w którym wprowadzono stan epidemii, nie było mnie w Poznaniu. Od kolegów otrzymałem informację o pierwszym hospitalizowanym przypadku COVID-19 w naszym oddziale zakaźnym. Zaraz potem z telewizji dowiedziałem się, że mój „Struś” został ogłoszony decyzją Ministra Zdrowia jednym z 19 szpitali zakaźnych dedykowanych diagnostyce i leczeniu pacjentów na nową chorobę. Ominął mnie chaos pierwszych 5 dni transformacji w „jednoimienny”, ale powrót z urlopu wcale nie był łatwy.

Dwie godziny przed pierwszym dyżurem dostałem wiadomość, aby przed wejściem do budynku szpitala najpierw po kogoś zadzwonić, bo mogę nieświadomie znaleźć się w „strefie zakaźnej”. Miejsce, które zastałem nie przypominało już dawnego szpitala. Strefa brudna, strefa czysta, oddzielające je gipsowe ścianki postawione w poprzek korytarzy, gabinety zamienione na śluzy, nowe zasady pracy, ciągle zmieniające się wytyczne, dopasowywane do zmieniającej się błyskawicznie rzeczywistości. Wywołujące duszność maski, ograniczające widoczność gogle, kombinezony, w których niewiele słyszysz, jest ci gorąco i niewygodnie – oto nowa rzeczywistość, w której trzeba było nauczyć się pracować długimi godzinami.

Atmosfera organizacyjnego chaosu, strachu przed zakażeniem siebie i bliskich sprawiła, że w pierwszym miesiącu z grafiku zniknęła duża liczba nazwisk. Wśród załogi narastał gniew, że oto znów, niedostatecznie przygotowanych, system rzucił nas do walki na pierwszej linii z nowym, śmiertelnym zagrożeniem. Pamiętajmy, że w tamtych dniach głośne kaszlnięcie na ulicy wywoływało panikę otoczenia, a my po prostu ubieraliśmy się w kombinezony i wchodziliśmy na kilka godzin do strefy pełnej chorych, kaszlących osób. Potem wracaliśmy do domów, zastanawiając się czy właśnie nie przynieśliśmy z pracy niewidzialnego niebezpieczeństwa na naszych bliskich.

Także i mną targały te same wątpliwości, umacniane jeszcze doniesieniami o dużej liczbie zakażonych medyków w Chinach i we Włoszech. W całym kraju liczba oddziałów szpitalnych zamykanych z powodu ognisk koronawirusa rosła lawinowo. Media przytaczały wówczas historię włoskiej pielęgniarki, która odebrała sobie życie, po tym jak dowiedziała się, że będąc COVID dodatnia, mogła zarazić swoich współpracowników. Nie chciałem by ktoś mógł mi zarzucić, że stałem się podobną przyczyną transmisji zakażenia. Zaraz po apelu ministra zdrowia do medyków, by ograniczyli się do jednego miejsca pracy, zdecydowałem się nie pojawiać na kardiochirurgii. Przyjęto to ze zrozumieniem, może nawet z ulgą, udzielając mi bezterminowego urlopu.

W niepewnych czasach postanowiliśmy wraz z narzeczoną nadać życiu szybsze tempo. Mimo lockdownu i paraliżu życia publicznego, udało nam się poruszyć serce kierownika Urzędu Stanu Cywilnego i uzyskać wyjątkową zgodę na zawarcie związku małżeńskiego. Skromna uroczystość, w której uczestniczyły jeszcze 3 osoby, odbyła się 9 kwietnia. Pośpiech i zamknięte sklepy wymusiły nietuzinkową kombinację garnituru i trampek podczas ceremoni. Po wszystkim pożegnałem żonę, by wrócić sam do hotelowego pokoju. Tydzień wcześniej podjęliśmy trudną decyzję o tymczasowym odosobnieniu. Zdrowie naszego nienarodzonego synka, jego mamy, w obliczu nieznanych następstw ewentualnej infekcji, było najważniejsze.

W takich właśnie okolicznościach narodził się pomysł na sfotografowanie codzienności covidowego szpitala. Połączenie wieloletniej pasji z nadmiarem wolnego czasu, przymusowa hotelowa izolacja, postapokaliptyczna sceneria miejsca pracy, pewnie także świadomość uczestnictwa w niezwykłych wydarzeniach i związane z tym emocje sprawiły, że nieśmiało sięgnąłem w pracy po aparat. Początkowo na zdjęciach pojawiał się szpital widziany z zewnątrz, obrazy powstawały z daleka, z za szyb oddzielających strefy. Z czasem opracowałem bezpieczną technikę fotografowania w strefie brudnej, nie ryzykując kontaminacji sprzętu, co pozwoliło znaleźć się znacznie bliżej interesujących wydarzeń. Niedobór oświetlenia i specyficzny kolor bijący od szpitalnych jarzeniówek wymusiły użycie czarnobiałej perspektywy na większości zdjęć. Kilka obrazów jest jednak w kolorze, dzięki czemu np. udało się podkreślić czerwień worków na śmieci używanych na początku przez personel jako ochrona obuwia. Szczególnym wyzwaniem stawała się często taka kompozycja kadru pozwalająca zachować anonimowość wizerunku pacjenta. Fotografowany personel, z którym często łączą mnie przyjacielskie relacje, był mniej problemowym tematem, pozwalając mi na dużo więcej swobody.

Dziś dobrych zdjęć jest już wiele. Skatalogowane na twardym dysku komputera. Za namową innych pracowników oddziału część udostępniona na internetowych kontach na Flickr i Instagramie zdążyły wzbudzić spore zainteresowanie, którego się nie spodziewałem. W komentarzach, oprócz miłych głosów uznania dla ciężkiej pracy, coraz częściej niestety można przeczytać także nieprzychylne uwagi, negujące sens naszej walki z COVID-19. Dziś, dzięki uprzejmości „Magazynu Pielęgniarki. i Położnej”, mogę także tu podzielić się moimi obrazkami.

Przy ciągle rosnącej liczbie osób zgłaszających się, przywożonych przez karetki z najdalszych stron województwa, to co myśleliśmy, że potrwa chwilę, zdaje się nie mieć końca. Codziennej pracy towarzyszą już zupełnie inne emocje. Nasza zawodowa rzeczywistość zmieniła się na dobre i chyba nauczyliśmy się całkiem nieźle w niej poruszać.

Wciąż towarzyszy mi aparat fotograficzny, teraz jednak częściej by utrwalać twarz mojego synka, który urodził się pod koniec maja. Jako rodzina znów jesteśmy razem. Pozytywnie zmotywowany, z zaciekawieniem – niekoniecznie tylko przez obiektyw – patrzę w przyszłość zastanawiając się, co dalej.

Autor zdjęć Przemysław Błaszkiewicz

https://www.instagram.com/ramol_9/

https://www.flickr.com/photos/27136936@N04/albums/with/72157714641372682

NIPiP dziękuje Wielospecjalistycznemu Szpitalowi Miejskiemu im. J. Strusia w Poznaniu za zgodę na publikację zdjęć.